Młody dziennikarzu! Never give up!

Naprzeciw naszego hostelu jest sklep z lodami. Już zamknięty, bo po sezonie – a szkoda. Lody robią tam na miejscu i z naturalnych składników, a gałka kosztuje 2,50. Można pokusić się o stwierdzenie, że najlepsze w Krakowie. Oj, nieraz przyjeżdżało się przecież aż z Płaszowa, specjalnie po czekoladowe z kawałkami czekolady i mimo wyraźnej tabliczki z zakazem na drzwiach tramwaju – jadło w drodze powrotnej.
Po lewej stronie stoi stara kamienica. Na opak. Strasznie mi się podoba. Na opak drzwi, na opak okna, na opak balkony. Wszystko wszędzie i poobdzierany, przedwojenny tynk. Mogłabym tam mieszkać.

Nie wiem, co po prawej, bo mam widok z okna właśnie na kamienicę, ale kątem oka, gdy wychodzę z Moon Hostelu, widzę jakieś blokowisko.
Z przodu, koło drogi są tory kolejowe, a żeby wyjść na ulicę, trzeba przejść przez bramę, która przypomina mi strasznie wejście do fabryki Schindlera.
Impas jest jeden: mieszkamy jednocześnie za blisko i za daleko. Za blisko by dojeżdżać autobusem i za daleko, by wracać po dniu pełnym wrażeń na nogach bez wcześniejszego zmęczenia się.
I czekamy. Na trzy intensywne dni i noce, których na pewno nie zmarnujemy.

„Wyjeżdżajcie stamtąd z poczuciem odpowiedzialności za własne czyny”
O Oświęcimiu nie chcę opowiadać. Nie chciałam tam jechać, przynajmniej jeszcze nie teraz, bałam się. I tak, jestem tchórzem. Gdy minęłam napis „Arbeit Macht Frei” jedyne co we mnie narastało to przeogromny wstyd i dudniące w głowie jedno słowo. Przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, PRZEPRASZAM. I Boga i ludzi. Za nas. Że byliśmy w stanie sobie samym wyrządzić coś takiego. Nie mogłam się skupić na słowach przewodniczki, nie dałam rady nawet płakać, w pewnym momencie zorientowałam się nawet, że mam problem z mruganiem i przełykaniem śliny. I te ślady paznokci w komorze gazowej. I mnóstwo włosów. Dziecięcych ubranek.

Marek Zając opowiadał nam historię.

Był pewien człowiek , który przeżył Oświęcim. Czasami zapraszany do obozu, by mówić o nim następnym pokoleniom. Wybrany przez Esesmanów na członka Sonderkommando wykonywał zadanie, jakim było palenie zwłok. Opowiadał o tym w sposób strasznie machinalny, ot, jakby piekł ciasto, albo doradzał, jak pielęgnować ogródek. Niektórzy ze spotkania wychodzili zbulwersowani, bo po co w ogóle taki człowiek bez serca był zapraszany w miejsce, w którym zginęły miliony jego braci i sióstr?
Gdy krematoria nie wyrabiały z paleniem zwłok, to my wkraczaliśmy do akcji. Gdzieś na obrzeżach obozu kopaliśmy doły i właśnie tam wykonywaliśmy nasze obowiązki. Jako, że ciało ludzkie składa się w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach z wody, to cholernie trudno było je spalić. Jedyną substancją, która w tym pomagała, był ludzki tłuszcz. Dlatego Niemcy wymyślili, żeby wykopać kilka mniejszych dołków, do których ten tłuszcz będzie ściekał. Moim zadaniem było włożyć tam garnek – czasami zanurzałem rękę aż po łokieć – i polewać nim ciała, żeby lepiej się paliły.
Na wszystkie pytania odpowiadał bez mrugnięcia okiem. Jednak było jedno, które słysząc, denerwował się bardzo i odpowiadał częściowo, albo w ogóle nie odpowiadał. Mianowicie: Czy palił Pan ciała dzieci?. Nauczka dla tych, którzy mówili na niego „człowiek bez serca”. Gdy wchodziłeś do jego mieszkania jedna rzecz rzucała ci się w oczy. Mnóstwo małych, dziecięcych zabawek na półkach, stolikach i kredensach. Wszędzie. W salonie, kuchni, sypialni, łazience. Wszędzie. Ten człowiek, przez wiele lat toczył w sobie wewnętrzną walkę, a czy ją w końcu wygrał? Nie wiadomo.
Czy ta historia ma nam coś przekazać? Tak. Ma nam uświadomić, jak łatwo jest oceniać, a jak trudno przeżyć wizytę w miejscu, jakim jest obóz zagłady.

Gdzie ja jestem?
Fabryka Schindlera to jakiś absurd. Miałam wrażenie, że to Disneyland, który ktoś dla zabawy nazwał fabryką Schindlera. Zero autentyczności (może po części gabinet samego Oskara i nagrane wypowiedzi byłych pracowników). Reszta to supernowoczesne makiety, dotykowe ekrany i stylizacje przedwojennych miejsc. Brakuje prawdy, a to przecież jej każdy młody człowiek, który przyjedzie tam z własnej woli, pożąda. I gdy tak spacerowałam, przechodząc od makiety do makiety, przed oczami stanęły mi forty F50 na Prokocimiu, które są totalnym przeciwieństwem „Fabryki Schindlera”. To właśnie w tym miejscu, które nie konserwowane niszczeje z dnia na dzień; w którym walają się rozbite butelki po wódce i zużyte prezerwatywy, można poczuć te wszystkie zabite istnienia i zrozumieć, jak duże znaczenie ma właśnie prawda.
O tym miejscu dowiedziałam się podczas dziecięcej zabawy. Porozwieszane na drzewach karteczki i szukanie skarbów. Miałam wtedy dziesięć lat i przyjechałam do Krakowa Płaszowa na zaproszenie mojej matki chrzestnej i siedmioletniego kuzyna. W niedługi czas przestrzeń Prokocimia, wszystkie chaszcze i stawy z kijankami zostały przez nas wyeksploatowane. Razem z fortem F50.
Po części nauczyłam się nie tyle rozumieć, co czuć powagę takich miejsc dzięki jednej z bliższych mi osób. Mój dziadziu (niektórzy się śmieją, ale słowo „dziadek” nie przejdzie mi przez gardło), kiedy wybuchła wojna miał dwanaście lat. Za to F50 we wrześniu 39 nosiły już na sobie krew ofiar Wielkiej Wojny. Ostatnio zabrałam go tam. Gdy przeszedł przez nie ścinaną jeszcze tego lata trawę, a jego dłonie dotknęły szarych, pobazgranych napisami murów, zaszkliły mu się oczy. Pode mną zmiękły kolana.
A do was mam prośbę. Zapytajcie samych siebie, czy coś takiego wydarzyłoby się, gdyby nie prawda?

Róbmy dziennikarstwo!
Nad siedzibą Tygodnika Powszechnego mogłabym zachwycać się godzinami. Ach, ta skrzypiąca podłoga, te dębowe biurka, te półki z książkami po sam sufit, te zawalone papierami stoliki! I te drewniane schodki postawione przy parapecie, żeby łatwiej móc wyjść przez okno, na dach, by spokojnie zapalić sobie papierosa. Gdy tam wchodzisz, masz poczucie, jakby czas na chwilę przystanął, by poczekać specjalnie na ciebie. Po prostu marzeniem jest tam pracować. Rzadko spotykany teraz, a zarazem fascynujący w TP jest brak dużych przestrzeni, wąskie korytarze, które są przeciwieństwem supernowoczesnych i zmodernizowanych siedzib Onetu, czy RMF
Będąc w TP spotkaliśmy się z księdzem Adamem Bonieckim. Ogromnie zaskoczyła mnie jego młodość ducha. Obecnie ma 80 lat, ale rozmawiasz z nim jak z dwudziestopięciolatkiem. Ma genialne podejście do świata i ludzi, nie oszukujmy się, jest po prostu odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu, zarówno jako duszpasterz jak i dziennikarz. Z pewnością najśmieszniejsze zadane mu pytanie brzmiało następująco: Jak się ksiądz czuje mając wśród znajomych tylu świętych i błogosławionych?
Jeden z dziennikarzy, z którym w TP pracowała nasza grupa, Błażej, nosi bardzo ciekawe skarpetki, takie wysokie, w kolorowe paski. Na swoim blogu udostępnia piosenki Skubasa i Rodrigueza, a w mojej głowie rodzi się pytanie: Skąd znasz „Sugar Mana” albo „Nie mam dla Ciebie miłości”? To kawał dobrej muzyki, aczkolwiek tak mało popularnej…
Dziennikarstwo to ogromny wachlarz propozycji. Każdy typ człowieka jest w stanie wybrać coś dla siebie. Onet proponuje dziennikarstwo internetowe, szybkie, tu i teraz. Dla osób konkretnych. RMF jest dla tych, którzy lubią się pokazywać, umieją wybrnąć z gierek słownych i potrafią skomentować każdą uwagę, czy informację, nagrywając na żywo (przy okazji, przecież sam Marek Balawajder to osoba bardzo wygadana i rzeczowa, musi być z niego genialny szef, który wszystko ma zapięte na ostatni guzik). Dziennikarstwo codzienne pasuje do osób „szybkich”, a praca w tygodniku wydaje mi się bardziej zadaniem dla marzycieli.
Jednakże talent pisania to tylko trzydzieści procent sukcesu. Następne siedemdziesiąt to ciężka praca, wytrwałość i chęci. Znowu nawiązuję do słów Marka Zająca.
Gdy myślisz, że na więcej Cię nie stać -Never give up!
Gdy nie masz już siły – Never give up!
Gdy sądzisz, że nie dasz rady – Never give up!

Życie na Highlifie
Kraków po zmroku. Dużo nie trzeba, żeby poczuć moc tego miasta, która wycieka z każdego jego zakątka, która od wieków istniała w trzepocie gołębich skrzydeł, stukocie dorożki i niedokończonej melodii hejnału mariackiego. Wystarczy tylko nie patrzeć na miasto królów przez pryzmat sukiennic i galerii krakowskiej. Skierować swoje kroki w plątaninę uliczek i zacząć szukać we wnękach kamienic, lub iść za odgłosem saksofonu i pianina. Bo jak mówi Tadeusz Boy Żeliński:

A czy znasz ty, bracie młody, Te najmilsze dla Polaków Szarej Wisły senne wody I nasz stary, polski Kraków? A czy znasz ty te ulice, Puste w nocy, brudne we dnie, Gdzie się snują eks – szlachcice, Tępiąc smutne dni powszednie? A czy znasz ty te kawiarnie (W całym świecie takich nie ma) Gdzie dzień cały marnie, gwarnie Wałkoni się cud – bohema? Tam wre życie! Kipi, tryska! W dymu chmurze tytoniowej Myśli płoną tam ogniska, Chlebuś piecze się duchowy; Wszystko tylko Duchem żyje, Wszystko tylko Pięknem dyszy; Nigdy ucho tam niczyje Prozy życia nie zasłyszy; Nic nie mąci głębin myśli, Nic nie przerwie sennych marzeń – Żyjem całkiem niezawiśli Od banalnych kręgów zdarzeń! Niech się fale zjawisk kłębią Gdzieś tam w wielkich stolic wirze – My tu żyjem życia głębią! (Jak robaki w starym syrze…)

 

Weronika Makowska

link