Publicystyka

Żyć, aby umierać

Szłam ulicą nie oglądając się za siebie. Wiedziałam, że jest to niebezpieczne. Z każdej możliwej strony w każdej chwili mogliby wyjść i mnie zabić. Zbyt bardzo się bałam, żeby o tym myśleć. Myśleć o tym, że coś mi się stanie. Me ciało nagle przeszył gwałtowny dreszcz. Szłam dalej. Wciąż patrząc przed siebie , nie zwracając uwagi na nic. Niegdyś Mokotowska przepełniona szczęściem, teraz strachem, bólem i niekończącą się paniką. Nie biegają tu już szczęśliwe dzieci, lecz gestapowcy czyhający na każdego z nas.  Krew, ciała i głód. To teraz była moja codzienność. Me sielskie życie w jednej chwili przeobraziło się w koszmar.

Weszłam do domu. Czekała na mnie w nim już moja mama. Była zrozpaczona. Do dziś pamiętam jak siedziała w kuchni przy piecu kaflowym i roniła łzę nad zdjęciem ukochanego ojca. Mój brat tylko stał i trzymał swą rękę na jej ramieniu. Dusił w sobie żal. Bardzo go to bolało. Jej lśniące włosy były potargane i pozbawione dawnego blasku, a piękne dłonie, którymi tuliła w złe dni , drżały ze strachu i przerażenia. W tamtym momencie nie docierało do mnie co się stało. Zginął, nie żyje. Dostał kulką od Niemca na Woli. Tak bardzo go kochałam, już nigdy go nie ujrzę. Tego dnia, 10 sierpnia 1944 płakaliśmy wszyscy nad jego grobem usłanym biało czerwonymi kwiatami. Mama, Staszek i ja, siedemnastoletnia Marysia. Nie byłam na to gotowa, ale wiedziałam, że trzeba żyć dalej. Jest wojna, a taty już nie ma.

Kilka dni później zdecydowałam się zostać sanitariuszką, chciałam żeby tatuś był ze mnie dumny. Chciałam za wszelką cenę pomóc. Mama oczywiście nic nie wiedziała. Zabroniłaby mi tego. Nie chciała mnie stracić.  Stanisława wysłali do wojska. Wcale mnie to nie zdziwiło, w końcu miał już 19 lat. Poszedł walczyć. Za Polskę. Bardzo się bałam, ale nie mogłam się wycofać. Nie teraz, nie w tym miejscu. Jako sanitariuszka sprawowałam się bardzo dobrze. Przed wojna nauczyłam się tego w harcerstwie. Mimo, że byłam młoda, wiedziałam co należy robić. Opatrywałam rannych, pomagałam w pobliskim szpitalu. Nie zwracałam uwagi na to, ze jest krew, rozerwane ciało czy brak ręki lub nogi. Nie zrażało mnie to. Za wszelką cenę chciałam pomóc. Praca bardzo mnie męczyła. Nie było do tego żadnych warunków. Żołnierze często kończyli z poważnym zakażeniem z powodu braku zachowania higieny. Nie było czasu o tym myśleć. Bardzo bolał mnie widok ich cierpienia. Mój brat radził sobie całkiem dobrze, miał problemy ale to normalnie. Broń to nie zabawka, łatwo było o krzywdę. Staszek nie interesował się takimi rzeczami. Bardziej ciągnęło go do literatury, niż do strzelania. Pisał wiersze. Dla mnie i dla mamy. Były piękne, pełne emocji i euforii. Poruszał we mnie najbardziej czułe struny. To co robił było pełne pasji i zamiłowania, bardzo go za to podziwiałam. W sumie to jedyne co mi po nim zostało, wszystko inne przepadło. On też. Dowiedziałam się o tym dosyć późno. Z nim również nie było mi dane się pożegnać.  Byliśmy po innych stronach miasta, nie mieliśmy kontaktu. Z mamą tak samo. Wiedziałam tylko tyle, ze jest bezpieczna. Do czasu. Mijały dni, tygodnie i było coraz więcej rannych. Bałam się. Nie wiedziałam już co się dzieje z mamą. Nie wiedziałam gdzie jest i czy na pewno nic jej nie grozi. Bardzo mnie to męczyło. W końcu mogła nie żyć. Tak tez było. Zostałam sama. Moja jedyną towarzyszką była wojna. Cierpiałam bardziej niż kiedykolwiek. Byłam przerażona, ale każdego dnia dziękowałam Bogu, że żyję. Moje życie było przepełnione biedą i ubóstwem. Panował straszliwy głód. Jadłam co popadło, byle nie głodować jak inni. Żołędzie, wrony, psy, czy koty. Tym pożywialiśmy się podczas okupacji. Najbardziej bolało mnie to, że nie mogłam pożegnać nikogo z rodziny. Przytulić, ucałować. Serce podchodziło mi do gardła z rozpaczy. Płakałam gorzkimi łzami.  Czasem myślę, ze może to i lepiej, że tak się stało. Pożegnania są trudne, bardzo trudne. mogłabym sobie z tym nie poradzić.

Wojna się nie kończyła.  Było coraz gorzej. Niemcy nas nie oszczędzali, byli okrutni. Wielu niewinnych ludzi spotykały egzekucje. Ruscy wcale nie byli lepsi, a my głupi tylko z nadzieją czekaliśmy na ich pomoc. Wojna to była moja codzienność, straszna codzienność. Łapanki, czy publiczne mordy nie były mi obce. Nie wyobrażałam sobie, że tak to będzie wyglądać. Nie sądziłam nigdy, że jako siedemnastolatka nie spędzę beztrosko młodzieńczych lat i przeżywać to wszystko. Byłam jednak szczęśliwa .Czułam w głębi duszy, że tata jest ze mnie dumny tak jak chciałam. Z tego, że ratuje innych.

Przed ta śmiercią uratowałam również miłość mojego życia, Władysława. Bardzo go kochałam. Naiwnie łudziłam się, że spędzę z nim całe życie. Mimo wojny, często go widziałam. Chcieliśmy spędzić jak najwięcej czasu razem, póki żyjemy. Chodziliśmy nad rzekę,  na długie, wieczorne spacery. Był ideałem. Miał piękne, brązowe oczy w które mogłam się patrzeć godzinami. Usta, które swym dotykiem leczyły każdą moja ranę. Dłonie, które ocierały mi łzy cieknące po rozgrzanym policzku. Kiedy mnie trzymał w ramionach, czułam się jakby nie było wojny, nie było bólu i cierpienia. Zapominałam o tym na tę parę chwil i znów byłam szczęśliwa. Na jednym z naszych wspólnych wieczorów Władek ze łzami w oczach poprosił mnie o rękę. Bez dłuższego zastanowienia zgodziłam się. Byliśmy tak bardzo szczęśliwi. Tego dnia czułam się cudownie. Cieszyłam się, że po tym wszystkim co mnie spotkało doznałam odrobinę szczęścia. Warto było przejść przez te wszystkie trudy, by otrzymać to od losu. Gdy szłam ciemną uliczką w białej sukience, lekko zaplamionej krwią u boku ukochanego, czułam niepewność i  lęk. W każdej chwili mogłoby się coś stać. Nie chciałam o tym dłużej myśleć. Szłam dalej spoglądając przed siebie, tak jak wtedy gdy wracałam do domu, do mamy. Teraz nie byłam sama , miałam kogoś kto mnie kocha.  Zatrzymaliśmy się przy ruinie budynku. Stał przed nim drewniany, lekko zniszczony krzyż. Stałam zapatrzona w mego ukochanego. Ksiądz nas pobłogosławił i kazał założyć obrączkę na palec. To był niesamowity moment. W jednej chwili miało zmienić się całe moje życie. Czułam zachwyt, który następnie stłumił straszliwy dźwięk. Znałam go doskonale. Był to dźwięk oddanego strzału. Tylko, że w moją stronę. Nie czułam absolutnie nic. Wcześniejsze szczęście zastąpiła pustka.  Zdążyłam powiedzieć tylko ,,Kocham Cię”. Nie żyję, umarłam. Moje życie dobiegło końca, to była najgorsza zmiana z możliwych. Szłam po śmierć.    

Julia Kubecka