„ … im to przebacz…”

Codziennie rano stała przed domem kiedy przechodzili więźniowie i zawsze machała  im rączką. Jesienią  1942 roku trafiła do obozu pracy Auschwitz. Była więziona, torturowana i przesłuchiwana. Nie wydała nikogo i zachowała swoje piękne długie warkocze.

 

Po odwiedzinach w KL Auschwitz, klasa III i spotkała się z byłą więźniarką obozu – panią Wandą Noworytą.

Pani Wanda to niezwykle miła, starsza osoba. Jej siwe, krótkie włosy, nie pamiętały już młodej dziewczyny z długimi, ciemnymi warkoczami. Swoją historię rozpoczęła od opowieści o bunkrze w bloku 11- tzw. bloku śmierci. Trafiła tam w wieku 16 lat, jesienią 1942 roku. Panujące tam warunki z samej opowieści napełniają odrazą. Więźniowie, stłoczeni na kilku metrach kwadratowych,
w  brudzie i głodzie przebywali tam nawet do kilku miesięcy. Podczas pobytu byli przesłuchiwani i torturowani, a towarzyszyła im świadomość nieuchronnej śmierci. Nie mogli wychodzić z bloku. Mieli kontakt tylko z 4 ścianami celi i współwięźniami.

Wandzia została uwięziona za to, że przynosiła więźniom, pracującym poza obozem, jedzenie i przekazywała grypsy. Były to wiadomości, jakie więźniowie pragnęli dostarczyć swoim rodzinom i te, które od nich otrzymywali. Jak sama wspomina: „Aresztowana byłam w domu. O godz. 19:00 przyjechało trzech esesmanów.[…] Robili rewizję w domu, ale nic nie znaleźli, bo korespondencje trzymaliśmy pod dachówkami na strychu.” Pytana o to, jak mimo wszystko trafiła do obozu, opowiada o pewnym chłopcu, co do którego miała pewność, że donosi Niemcom. Kiedyś odmówiła mu wspólnego wyjścia do kina, bo jak stwierdziła: „Z takim jak ty, nie pójdę”. Ten, w akcie zemsty doniósł na nią i w ten sposób trafiła na kilka miesięcy do bloku nr 11.

Kiedy Wandzia, ta niegdyś piękna dziewczyna prosi o pytania, ktoś dopytuje się o warkocz: „Jak to się stało, że mimo obowiązkowego ścinania włosów każdego z więźniów, pani warkocze oszczędzono?”
Sama nie wiedziała, jak to się stało. Bardzo prawdopodobne, że spodobały się któremuś z esesmanów. Młoda dziewczyna z warkoczami sięgającymi kolan wzbudzała ogromne zainteresowanie. Zwłaszcza, kiedy prowadzona podczas apelu jako jedyna z całego obozu odznaczała się posiadaniem włosów. Jak wspomina jeden z więźniów, wpatrzonych w nią było wtedy 15 tysięcy serc. Podczas pobytu w obozie, nie wydała nikogo. Zachowała dla siebie wszystkie nazwiska. Zeznawała, że nie wysyłała grypsów. Uparcie twierdziła, że tylko dała chleb więźniowi. Pytana o jego imię i nazwisko odpowiadała, że go nie znała i nie potrafi opisać, bo wszyscy są tacy sami i noszą identyczne pasiaki.

Wydostała się, dzięki kontaktom swojej matki z położną z Bielska. Tam, urodziło się dziecko jednemu z esesmanów, który znał funkcjonariusza z Auschwitz. Położna poprosiła o wstawiennictwo za niewinną dziewczynę – Wandzię. 19 marca 1943 roku, kiedy jak zwykle w dniu św. Józefa modlono się o szczęśliwe powroty, pojawiła się w domu rodzinnym… Taki to był straszny czas. Czy wystarczy być w obozie, przeżyć go, a nawet się rozpłakać? Otóż nie! Jak przekonuje nas Marek Zając, Sekretarz Rady Oświęcimskiej – trzeba wyjść stamtąd z postanowieniem odpowiedzialności za losy kraju, a nawet świata, by taka tragedia nigdy się nie powtórzyła…a przecież tuż za miedzą, na Ukrainie trwa regularna wojna…Prawdopodobnie tej zimy zginie z głodu i zimna znów wiele osób… Czy Świat odrobił tę lekcję?

Więcej zdjęć ⬇

_FOT6193

link