Akademia w Brukseli – krok po kroku

Bruksela – środek nocy, niekończące się ruchome schody, mocno spóźniony bagaż. Zmęczenie, nerwowe zerkanie na telefon, wszystko nowe i obce. Jeśli ufać pierwszemu wrażeniu – koszmar. Pozostaje tylko zamknąć oczy i liczyć, że to tylko zły sen. Tylko jedno mrugnięcie – magia, brukselska magia.

Pierwsze spotkane osoby? Patrick – pracownik muzeum BELvue, sympatyczny Belg
w lennonkach i Krista – nieprzeciętnie wysoka Finka z wielką walizką i dwoma torebkami
– jedną na prawym, drugą na lewym na ramieniu. Oboje uśmiechnięci i wyjątkowo serdeczni. Potem taksówka i droga do Maison de Chant d’Oiseau – naszego „domu”, położonego tuż przy wielkim ogrodzie, ściana w ścianę z neoromańskim kościołem. Po stromych schodach zbiegają dwie kobiety. Młodsza z nich – Tina (znana mi tylko z facebookowego zdjęcia) ściska mnie mocno i pyta o podróż. Druga kobieta do Eveline – niewiele niższa ode mnie Belgijka, krótko ścięte włosy, dynamiczne kroki, ale też lekko przymrużone oczy
i prawdziwie matczyny uśmiech, który z miejsca pokochałam.

W zabytkowym budynku uderzający był przede wszystkim wystrój – nowoczesne fotele, lampy włączające się automatycznie, wi-fi w całym budynku i kamienne schody, zupełnie niepasujące do reszty. Na półpiętrze niemal natychmiast pojawiła się – Viktoria – jak się później okazało Szwajcarka. Z miejsca zapytała o Aleksandrę, a widząc mój uśmiech podbiegła do mnie i serdecznie wyściskała. Miałyśmy razem mieszkać. W pokoju wszystko było już przygotowane, także pościel i ręczniki. Moja współlokatorka zadbała dosłownie
o wszystko. Spokojnie mogłam się położyć i śnić o wyzwaniach, które już na mnie czekały.

Rano najzwyklejsze w świecie śniadanie, a potem droga do BELvue – bardzo niezwykłego muzeum. Tam wykłady, praca w grupach i pierwsze poważne zadanie: tzw. „Speed interview”, czyli sonda w metrze. Zadawaliśmy pytania dotyczące mniejszości ich przedstawicielom. Szukaliśmy przede wszystkim osób o innym kolorze skóry, mówiących innym językiem niż francuski i flamandzki i mających 3 minuty na błyskawiczny wywiad. Nie było to łatwe – wszyscy się śpieszyli, a w dodatku udzielali bardzo podobnych odpowiedzi. I stale powtarzająca się odpowiedź na pytanie o narodowość: Belg. Pochodzenie? Francja, Kongo, Polska, Wietnam, RPA… To jest właśnie wielokulturowość. Późnym południem, wykład o mniejszościach w Brukseli, czyli wszystkie potrzebne informacje
w pigułce, a wieczorem nagroda – spacer po stolicy Belgii: panorama miasta z wieży przepięknej, gotyckiej katedry i teatr świateł oświetlających ratusz. Powrót oczywiście już
w nocy, ale mimo to jeszcze jedno spotkanie w Sali C. Dyskusja, wymienianie spostrzeżeń, bo przecież każdy z nas widział ten dzień swoimi oczami i chciał opowiedzieć o swoich wrażeniach po angielsku. Angielski, angielski, angielski – używany wszędzie i przez wszystkich.

Nowy dzień – nowe wyzwania. Sonda w metrze wydawała się czymś wielkim, ale
przy naszym kolejnym zadaniu wydawała się dziwnie mała – prosta i zwyczajna. Postawiono przed nami kolejne zadanie – przeprowadzenie wywiadu z przedstawicielem mniejszości, długiego i wyczerpującego. W zestawie „dziennikarza-historyka z EUstory” kamera
i mikrofon, do tego plik kartek z biografią naszego rozmówcy i podręczna mapa.
W trzyosobowych grupach ruszyliśmy na podbój Brukseli – każdy trafił w inne miejsce. My zawędrowaliśmy do jednego z budynków Komisji Europejskiej. Razem z Gabrielem i Iloną spotkaliśmy się z Aleksandrą – przesympatyczną Polką, która do Brukseli przyjechała w 2003 roku. Choć rozmawialiśmy długo, do BELvue i tak wróciliśmy jako pierwsi – nieco rozemocjonowani, ale za to pełni dobrej energii. Na miejscu przywitała nas ekipa telewizyjna z Tele Brussels – przesympatyczna młoda dziennikarka razem ze swoją koleżanką operatorką. W tym momencie stanęło przed nami kolejne wyzwanie, bo z dziennikarzy zmieniliśmy się w bohaterów newsa do brukselskiej, francuskojęzycznej telewizji (efekty można zobaczyć tutaj: http://www.telebruxelles.net/portail/emissions/les-journaux/le-journal/15642-la-rencontre-des-minorites ). Kolejne emocje i spora dawka stresu, bo przecież żadne z nas nie było na taki wywiad przygotowane, ale później upragniony czas wolny. Popołudnie i wieczór upłynęły nam na odsłuchiwaniu wywiadów i ich przygotowaniu do stworzenia prezentacji.

 

Środa – trzeci dzień pobytu w Brukseli – znacznie różniła się od poprzednich dni. Wcześnie rano wyjechaliśmy do Walonii. Pierwszym punktem naszej wycieczki był rejs statkiem po Kanale Centralnym położonym w miejscowości La Louviere, którego hydrauliczne dźwigi pochodzące z końca XIX wieku zostały wpisane na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Następnie ruszyliśmy w kierunku baraków zamieszkiwanych w przeszłości przez włoskich imigrantów. Pomogło nam to zrozumieć ich trudną sytuację i poznać genezę katastrofy górniczej z 1956 roku. Później pojechaliśmy do kopalni w Marcinelle – miejscu jednej
z największych katastrof górniczych w historii. Francuska przewodniczka oprowadziła nas najpierw po kopalni, a następnie po muzeum maszyn górniczych i szkła. Pokazała nam również wystawę lamp używanych w przeszłości przez górników. Z muzeum górnictwa przenieśliśmy się do sąsiedniego budynku. Wystawy w tej części muzeum poświęcone były
w całości katastrofie z 1956 roku. Widzieliśmy świadectwa uczestników tamtych wydarzeń, liczne fotografie i rekonstrukcję tamtego pamiętnego dnia – 8 sierpnia. W drodze powrotnej do Brukseli zatrzymaliśmy się w Waterloo – miejscu ostatecznego upadku Napoleona Bonaparte. Widok Kopca Lwa usypanego w latach 20. XIX wieku również zrobił na mnie ogromne wrażenie. Do Maison de Chant d’Oiseau dojechaliśmy już wieczorem i mimo zmęczenia zebraliśmy się w Sali C. Wymienianie się spostrzeżeniami należało już do naszej tradycji.

Dzień czwarty – przedostatni – jak sobie wszyscy uświadomiliśmy. Był to dla nas wszystkich czas wyjątkowo wytężonej pracy, co oczywiście nie oznacza, że nie dawała nam ona dużej satysfakcji. Przed południem przeprowadzaliśmy kolejny wywiad – tym razem już w innych grupach. Po raz drugi zajmowaliśmy się mniejszością polską, dlatego wraz z Francescą (Włochy) i Tonym (Bułgaria) skierowaliśmy się do mieszkania Katarzyny – polskiej pielęgniarki, która do stolicy Belgii przyjechała po raz pierwszy w latach 90. XX wieku. Jej droga do integracji nie była ani krótka ani łatwa, ale pewnie właśnie z tego powodu wyjątkowo dla nas interesująca. Na samym początku, Katarzyna pracowała nielegalnie
i właściwie dopóki nie poznała swojego obecnego męża cały czas towarzyszył jej strach przed przyszłością, lecz także przed odrzuceniem. Wywiad z nią wszyscy wspominamy bardzo ciepło, również dlatego, że nasza rozmówczyni wprost emanowała pogodą ducha. Szczery uśmiech nie schodził z jej twarzy, a drobne zmarszczki i piegi jedynie dodawały uroku. Do BELvue wróciliśmy w pełni zmobilizowani – z jednej strony świadomi ogromu pracy, który nas czekał, a z drugiej ze zniecierpliwieniem oczekujący na dalszy ciąg wydarzeń. Po krótkiej przerwie na lunch, zaczęliśmy pracę nad drugim wywiadem. Trzeba go było jeszcze raz odsłuchać, potem skrócić i wybrać najciekawsze fragmenty. Gotowy materiał należało jeszcze połączyć z poprzednim wywiadem i przygotować tzw. czołówkę. Dopiero później można się było zająć ustną częścią prezentacji. Późny wieczór, a właściwie już noc – ostatnie już podsumowanie, tym razem całego tygodnia pracy i ta świadomości, że został nam już tylko jeden dzień.

 

Piątek, czyli tzw. „la Grande finale”. Na twarzach trochę nerwowych uśmiechów, drżenie rąk, a potem nagłe rozładowanie sytuacji i fale niczym nieprzerywanego śmiechu. Ostatnie poprawki w naszych prezentacjach, próby sprzętu i notatki pisane gdzieś na kolanie tuż przed godziną 15:00. Potem wszystko się zaczęło. Pierwsze zdecydowane uderzenie w klawiaturę komputera, klawisz „enter” ugiął się lekko, coś skrzypnęło, a na ekranie zrobionym z tektury pojawiły się nagle znajome postaci. I tak przechodziliśmy z pokoju do pokoju, od prezentacji do prezentacji, przyglądając się efektom pracy innych. Wraz z nami zaproszeni goście
i wszyscy ci, bez których nasze rozmowy, spotkania, wywiady w ogóle nie byłyby możliwe. Wszyscy patrzyli z zainteresowaniem, ale bez zbędnej surowości – jak przyjaciele, a nie sędziowie. Mniejszość polska, marokańska, romska, kongijsko-rwandyjska, włoska i na końcu chińsko-wietnamska. 6 mniejszości, 6 grup, 18 osób, 5 dni i (jak powiedział do nas Patrick w czasie przyjęcia) – praca, którą wykonuje się miesiącami.

 

No właśnie, przyjęcie. Podziękowania, kwiaty, rozdanie certyfikatów. Do tego jeszcze pewność, że mamy cały wieczór (a właściwie także i noc), by rozmawiać, bawić się i w końcu nie myśleć o pracy, która nawet jeśli jest najprzyjemniejsza, wciąż pozostaje pracą. Spacery po Brukseli w większych i mniejszych grupkach, karaoke, tańce i gra w karty. Kilkanaście godzin minęło bardzo szybko, zresztą tak samo jak cały tydzień. Nim się obejrzeliśmy budzik nieuchronnie wskazywał 5:00, a ciemna taksówka już czekała pod budynkiem Maison de Chant d’Oiseau na pierwszą turę wyjeżdżających – wśród nich i na mnie. Jeszcze tylko ostatnie pożegnania, uściski i obietnice, że zobaczymy się tak szybko jak to możliwe. Potem jeszcze jedna kawa – ot tak na przebudzenie – kilka godzin… i już Warszawa, potem przesiadka do Rzeszowa. Odbiór bagażu, przywitanie z rodziną i początek niekończącej się opowieści. Opowieści, która choć przerwana ze względu na rok szkolny, tylko czeka na swój dalszy ciąg.

 

Aleksandra Nieprzecka

link