Giro d’ Italia. Czyli włoski sen Kopernika.

Zorganizowanie wycieczki do Włoch nie należy do codzienności, ale nam się udało! Spędziliśmy tam prawie tydzień. Tydzień minął, minęła wycieczka, skończył się rok szkolny. Mawia się jednak, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, czyli l’appetito vien mangiando, a my… my chcielibyśmy wrócić teraz z powrotem do Włoch… Pozostały nam jednak wspomnienia.

Wenecja

To miasto kanałów, wąskich uliczek, szczególnie znane ze swojego wyspiarsko-mostowego charakteru. Tymczasem nas najbardziej urzekł (tym razem całkowicie suchy) plac Świętego Marka. Po weneckich wodach spokojnie dryfowały czarne gondole. Wszystkie traktowane przez gondolierów, jako sens ich istnienia. Wszystkie idealne, dopieszczone w każdym fragmencie. No i oczywiście relatywnie drogie… My mogliśmy cieszyć się tylko ich widokiem. Gondole połączone z pejzażem miasta tworzyły niezapomniane już dla nas obrazy. Oprócz wrażeń ze zwiedzania, to właśnie w Wenecji część z nas miała po raz pierwszy okazję spróbować lodów, jedzonych w ich ojczyźnie – Włoszech. Wybór smaków gałek lodowych, podczas tak krótkiego pobytu w Italii, był ogromny. Wielka szkoda, że nie mogliśmy spróbować wszystkich rodzajów… Cóż. To i tak niesamowite doświadczenie po kilkunastogodzinnej podróży autokarem.

Rimini

Miejscowość nadmorska, niezwykle urodziwa. Przybyliśmy do niej już pierwszego dnia wycieczki. Wyciągnęliśmy bagaże i zameldowaliśmy w hotelu. Ulice Rimini były pełne atrakcji. W całym mieście rozciągały się przeróżne sklepy. Można tu było kupić pamiątki, jedzenie, zagrać w salonie gier, a przepyszne włoskie owoce dostępne były u zawsze uśmiechniętego pana, potocznie zwanego przez nas „Arabem”. Wieczorami, gdy robiło się już chłodniej, na ulicy usłyszeć można było frywolne okrzyki: „waka waka riki tiki”. Nieobecnych mogę pocieszyć. Nie był to bowiem koncert Shakiry, lecz wesoły Afrykanin w żółtym kombinezonie, sprzedający kolorowe bransoletki. Na jedzenie w Rimini również nie można było narzekać. Śniadanie było dość problematyczne. Wybierać bowiem trzeba było z bogato zastawionego szwedzkiego stołu, co niejednego smakosza przysporzyło o ból głowy. Tym, którzy decydowali się na wszystkie przekąski, dokuczał inny ból, ale… brzucha. Obiady i kolacje jedliśmy w pobliskiej restauracji. Szefował jej zawsze gościnny Mario Papano. Codziennie na naszym stole znajdowała się nowa potrawa, a jako dodatek zawsze mieliśmy świeżo wypiekany chleb. Z „Taverną degli artisti” łączą się także wspomnienia związane z meczem z Ukrainą, tam bowiem zorganizowaliśmy mini strefę kibica, a kadrowicze Nawałki nie zawiedli nas i zwyciężyli spotkanie. Ciekawią was zapewne warunki hotelowe? Powiem tak, hotel jak hotel. Pokoje były w miarę przyjemne, atmosfera fajna, ale zwolennicy multimediów i szerokopasmowego wifi dostać mogli białej gorączki. Internet był po prostu koszmarny. Może to specjalnie, gdyż niemożliwość sprawdzenia Facebooka, Instagrama i Snapchata doprowadziła do lekkiej frustracji. Ta spowodowana przez hotelowy router bezradność sprawiła, że wieczorami wszyscy podążali w jednym kierunku… boiska do siatkówki. O popularyzacji beach volleyballa zadecydowało też brzegowe położenie placu do gry. No właśnie. Nie powiedziałem jeszcze nic o morzu i plaży. Ciężko je nawet opisać w krótkich słowach, więc powiem, że były fenomenalne. Mniej przezorna część wycieczki, nieposiadająca sprzymierzeńca w postaci balsamu, wspomina włoskie plaże w nieco mniej kolorowych barwach, a każdy ich ruch przypomina o spiekocie w słonecznej Italii.

San Marino

Jak wygląda księstwo, w którym kucharz jest gwiazdą reprezentacji piłkarskiej, najszybszego gola w swoim istnieniu strzeliło reprezentacji Anglii w 1993r. (8,3 sekunda), a Konstytucja wprowadzona została w 1600 roku i jest używana do dziś? W San Marino nawet przejścia dla pieszych nie mogą takie jak wszędzie (czarno-białe), bo jakiś zakochany w barwach narodowych książę nakazał, aby były niebiesko-białe. Jednak, gdy wjechaliśmy do tego malutkiego, górskiego Księstwa urzekł nas majestatyczny widok średniowiecznych budowli znajdujących się na szczytach sanmaryńskich gór. Gdy wysiedliśmy z autokaru, jeden z miejscowych sklepikarzy (a było ich wielu, w końcu sklepiki to jedna z głównych atrakcji Księstwa) rozpoznał w nas polskie dusze i w naszym własnym, narodowym języku, zapraszał nas do zakupów. Nic dziwnego zresztą, gdyż nieopodal znajdował się też „Sklep polski”. Podróż po średniowiecznych uliczkach i wspinaczka do kamiennego zamku zakończyła się… niesamowitym widokiem całego San Marino. Nie dziwi już nas, zatem jak taki ogromny zamek na szczycie góry mógł być broniony wieki temu przez tak nieliczną ludność. Wroga armia nie mogła być niezauważona. Gdy udaliśmy się na „tour de sklep”, nasze zakupy zakłóciły dzikie indyjskie okrzyki. Wszyscy wyjrzeliśmy na ulice, licząc najczęściej na interwencję policji, chcącej złapać uciekającego wariata. Tymczasem uliczkę zajmował ogromny sztuczny słoń, prowadzony przez wyrośniętego brodacza w kolorowych, średniowiecznych szatach.  Niektórzy ciągle liczyli jednak, że usłyszą zbliżającą się syrenę i niebiesko-czerwone światła. Po powrocie do hotelu mieliśmy niestety wrażenie, że nasza średniowieczna przygoda była zdecydowanie za krótka.

Florencja

Trzeciego dnia nasza wesoła ekipa rozpoczęła długą, bo czterogodzinną podróż do Florencji. Oczywiście, nie było łatwo. Zamiast spokojnej jazdy po autostradzie, nasz kierowca obrał trasę przez Apeniny. Nie był to jednak koniec trasy. W małym miasteczku górskim przesiedliśmy się do pociągu. Po chwili oczekiwania i opcjonalnym skorzystaniu ze strasznej ubikacji publicznej, która była chyba w stanie sama się dekontaminować. Do samej Florencji dojechaliśmy w południe. Plan zakładał przechadzkę po starym mieście. Zaczynając od stacji, poprzez Palazzo Strozzi, Ponte Vecchio, Palazzo Vecchio, kończąc w punkcie wyjścia. Nasi podróżnicy nękani bardzo gorącymi promieniami słonecznymi i niesamowitym tłokiem okazali się jednak gruboskórni. Renesansowa uroda stolicy Toskanii nie każdemu przypadła do gustu, jednak wszyscy byliśmy pod wrażeniem Il Duomo, czyli katedry Santa Maria del Fiore. Na widok tego monumentalnego budynku, szczęki opadły nam wszystkim. Frontalna część świątyni zapierała dech w piersiach. Udało nam się nawet wejść do środka, o dziwo za darmo i bez długiej kolejki. Wnętrze zadziwiło nas, gdyż urodą odstawało od zewnętrznych elewacji budynku. Ciemne wnętrze było  urządzone bardzo skromnie. Jedynie ołtarz wpadał w oko, mimo, że nie błyszczał złotem. Wkrótce nadszedł czas pożegnania Florencji, a droga powrotna prowadziła już przez autostradę, prościutko do naszej bazy w Rimini.

Werona

Miasto kojarzone głównie z romantycznej opowieści o Romeo i Julii, ściąga co roku tłumy turystów, którzy ciekawi są miejsc znanych z utworów Szekspira, zwłaszcza słynnego balkonu Julietty. Dowodem na to jest niezliczona ilość podpisów zakochanych, które można było dostrzec przechodząc przez bramę prowadzącą na podwórze domu bohaterki. O mieście ciekawie opowiadała nam pani przewodnik, która przybliżyła nam historię i pokazała najciekawsze zabytki Werony. Dowiedzieliśmy się, że obszar ten słynie z winnic, uprawy ryżu, produkcji serów, oliwy extra virgine i przemysłu cukierniczego. To piękne miasto przyszło nam zwiedzać w ostatni dzień naszej wycieczki, który okazał się tym najgorętszym ze wszystkich dni spędzonych we Włoszech. Mimo upału, raczej nikt nie miał ochoty kończyć naszego zwiedzania. Po poznaniu wielu urokliwych zakątków tego miasta, na pewno w każdym z nas rozbudziła się chęć powrotu do pięknej i tajemniczej Werony.

Mikołaj Różalski, Maciej Szeląg, Natalia Sidor